Recenzje albumów



Chronicles of Father Robin, The
The Songs & Tales of Airoea – Book 1
(2023, album studyjny)

The Songs & Tales of Airoea – Book 1
Oceń ten artykuł
(1 Głos)

01. Prologue - 1:06
02. The Tale of Father Robin - 1:16
03. Eleision Forest - 11:57
04. The Death of the Fair Maiden - 8:03
05. Twilight Fields - 15:24
06. Unicorn - 8:29

Czas całkowity - 46:15

- Andreas Wettergreen Strømman Prestmo - wokal, gitara, gitara basowa, instrumenty klawiszowe, instrumenty perkusyjne
- Aleksandra Morozova - wokal
- Thomas Hagen Kaldhol - gitara, mandolina, dodatkowy wokal
- Regin Meyer - flet, instrumenty klawiszowe, dodatkowy wokal
- Jon Andre Nilsen - gitara basowa, dodatkowy wokal
- Henrik Harmer - perkusja, dodatkowy wokal
oraz:
- Lars Fredrik Frøislie - instrumenty klawiszowe
- Kristoffer Momrak - instrumenty klawiszowe
- Håkon Oftung - instrumenty klawiszowe
- Ingjerd Moi - dodatkowy wokal (4)

 

Wyświetlony 72 razy

Media

1 komentarz

  • Link do komentarza Marcin Humbla wtorek, 05 wrzesień 2023 19:52 napisane przez Marcin Humbla

    Był sobie kiedyś taki pan jak ojciec Robin, a Ojciec Robin wędrować lubił i częstokroć owe wojaże spisywał w postaci kronik szeroko opisujących swoje przygody jak i zjawiska oraz stworzenia, które to na nich widział…
    Prawda, że wzbudza zainteresowanie? No cóż, niestety Ojciec Robin jest tylko i wyłącznie postacią fikcyjną. Jednakże nie powinno to smucić amatorów fantastycznych wypraw. Mimo fikcji zawartej w całej tej historii, to całkiem przyjemnie się to czyta, oj przepraszam, słucha. Tak, bardzo przyjemnie się słucha.
    Pokrótce projekt ten stworzony został, lub zaczęły się tworzyć jego zręby jeszcze w latach 90-tych w norweskim muzycznym podziemiu. Jego skład zasilają muzycy z takich formacji jak Wobbler, Tusmørke, The Samuel Jackson Five i Jordsjø.
    Inspirując się literaturą fantastyczną, ludowymi opowieściami, jurnym przygodowym rockiem z lat 70-tych oraz psychodelią i harcerskimi wycieczkami, grupa nastoletnich przyjaciół zaczęła tworzyć materiał traktujący o życiowych zasadach, metafizyce i miłości. Tak właśnie narodził się byt zwany Ojcem Robinem., a jego historię przestawiono w bardzo ciekawym muzycznym konglomeracie.
    Album spokojnie można by posadzić w siódmej dekadzie XX wieku. Nie idzie temu zaprzeczyć. Gdyby ktoś puścił tą muzykę swoim znajomym i powiedziałby im, że jest to klasyka norweskiego Prog rocka, to jestem święcie przekonany, że mało kto usadowiłby ten zespół w obecnych czasach. Muzycy śmiało czerpią inspiracje od swoich starszych kolegów i koleżanek po fachu i nie wstydzą się tego. Według mnie słusznie.
    Jednakże, jeśli wśród zainteresowanych są fani takich bandów jak Agusa, czy Änglagård, to i coś współczesnego też się znajdzie, choć chyba na próżno szukać, bo te zespoły także mocno czerpią swą inspirację z muzyki sprzed 5 dziesięcioleci. Więc może jednak i nie będzie niczego aktualnego. Myślę jednak, że nie jest to powód do smutku, a i wręcz przeciwnie.
    W tych wszystkich muzycznych opowieściach zawarto nie tylko najlepsze cechy norweskich zespołów prog rockowych, ale możemy się też doszukać brzmień z Holandii i Belgi. Gdyby jednak ktoś szukał czegoś z kapel będących bardziej na świeczniku, to spokojnie znajdzie tutaj Jethro Tull, Gentle Giant i Camel, a przynajmniej ja znajduję. Można jeszcze podpiąć tutaj Yes, a raczej jego basistę, Chrisa Squier’a. Słuchając wokali powinno od razu zaskoczyć podobieństwo.
    Pod względem technicznym nie można zarzucić tej płycie niczego. Instrumenty są bardzo dobrze słyszalne, a zdolności muzyków stoją na bardzo dobrym poziomie. Na szczególną uwagę zasługują flet i klawisze. Niby nic, niby brzmi podobnie jak wszędzie indziej i nie będę kłamać, że brzmi to trochę jakby standardowo jak na taką muzykę, ale myślę, że akcentowanie fletu wraz z klawiaturami, tj. organy i syntezator razem… Ważne kiedy trzeba wejść i wyjść. To wszystko nadaje tej muzyce specyficznego nastroju.
    Nie wiem jak z resztą odbiorców, ale mnie na samym początku ten projekt za bardzo nie podszedł. Było tam za dużo podobieństw jak dla mnie, jednak z czasem się to zmieniało. The Chronicles of Father Robin jest zespołem, który trzeba przesłuchać kilkukrotnie być może dlatego, żeby móc w tym wszystkim znaleźć pierwiastek własny tego zespołu. Natomiast jeśli jesteście fanami „bajek z mchu i paproci”, to szczerze polecam. Choćby po to, żeby mieć własne zdanie na ten temat.
    Marcin Humbla

Zaloguj się, by skomentować